Nadszedł Nowy Rok, więc jest to odpowiedni czas na wprowadzenie pewnych zmian. Na wielu blogach zaczęły pojawiać się zapowiedzi książkowe, które niezmiernie mi się podobają, bo ostatnio nie mam zbyt dużo czasu na śledzenie naszego rynku wydawniczego. Postanowiłam, że i na Wrotach pojawi się jakiś cykl. W tym celu odkurzam zapomnianą już przeze mnie dyskusję. Niestety, z powodu ograniczeń Bloggera, dyskusja jest tu raczej szumnym słowem. Ciekawe, kiedy Google wprowadzi możliwość bezpośredniego odpowiadania na komentarze? W związku z tym, będą to raczej moje luźne przemyślenia związane z konkretnym tematem. Jeśli chcecie się podzielić swoją opinią, to serdecznie zapraszam do pozostawienia komentarza, bądź też odnośnika do swojego wpisu. A co oznacza skrót WDD? Wrota Do Dyskusji – spodobała mi się ta nazwa i postanowiłam ją pozostawić. Kończę już ten przydługi wstęp i przechodzę do sedna.
Temat na dziś: akcje czytelnicze.
Nie wiem, jak Was, ale mnie niezmiernie irytują kolejne akcje zachęcające do czytania. Gdy widzę któreś już z kolei zaproszenie na Facebooku do przyłączenia się do jakiegoś projektu, to aż mnie odrzuca. I wcale tu nie przesadzam. Rozumiem, że sytuacja książki w Polsce wygląda niewesoło (nie wierzę aż tak bardzo w te statystyki – jest to jednak temat na osobną dyskusję) i powinno mi zależeć na zmienieniu tego wyniku. W końcu szkolę się na kierunku, którego istnienie jest uzależnione od popularności literatury. Lecz mimo wszystko i tak jestem przeciw organizowaniu tego typu happeningów.
Jeśli ktoś nie czyta, to nie zacznie tego robić, bo znana aktorka/znany aktor powie mu, że warto. Reklamy, ulotki, plakaty… Wszystko to wygląda pięknie, ale czy działa? Kliknięcie przycisku “Lubię to” nie boli, nie kosztuje i nie jest jednoznaczną deklaracją. Zrobię to, bo robią to znajomi, a książki i tak mam gdzieś. Poza tym, ta nachalność wręcz zniechęca. Podobnie miałam z wiadomościami – zbyt wielu polityków, więc pożegnałam się z tym źródłem informacji. Zastanawiam się, ile osób zniechęcono nakłaniając ich do czytania – w końcu jesteśmy gatunkiem lubiącym robić na przekór innym.
Więc w jaki sposób powinniśmy docierać do potencjalnych czytelników? Zabrzmi to banalnie, ale wszystko zależy od wychowania, od szkoły. Jeśli nie zaszczepi się małemu dziecku miłości do poznawania świata, do literatury, to później może być już trudniej. Oczywiście, istnieją wyjątki potwierdzające tę regułę, ale mogę się założyć, że osoby, które sięgnęły po książki w ostatnim czasie, nie zrobiły tego z powodu akcji czytelniczych. Kolejnym miejscem, w którym powinno się promować czytelnictwo są biblioteki. Lepiej skupić się na współpracy z nimi, niż tworzyć kolejne znaczki na FB.
A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Czy akcje czytelnicze są potrzebne? Czy działają? A może wręcz przeciwnie – szkodzą?